BITWA O KOTLETA – ile jest prawdy w naszym weganiźmie?

Podziel się:Share on FacebookEmail this to someonePin on PinterestShare on YummlyShare on Google+Tweet about this on Twitter

bitwa-o-kotleta-bw

Pamiętam, to było jakieś dwa lata temu. Mój brat zabrał mnie tam. Mówił wtedy, że to takie fajne miejsce i ze dają tam takie dobre bułki z kotletem który smakuje jak mięso, a jest… ciecierzycy. Mhm, myślę, NO Z PEWNOŚCIĄ. Roślinny burger to wtedy byla taka „nowinka”, a Mak wciąż był oblegany. Do tego ów roślinny mial dużo dodatków, a że ja i zieleninę bardzo lubię i prostotę sobie cenię, to mi zaimponowal. Na deser wypiliśmy po zielonym szocie z rokitnika. Wrażenia przyjemne, miejsce nietypowe i traktowałam je jako kulinarną ciekawostkę na mapie Warszawy. Na plus.

 

 

Miesiąc temu natknęłam się na ranking Warszawskich burgerowni. Na pierwszym miejscu ów lokal z wstępu opowiastki. Mimo, że do miejsca nie mogę się doczepić (pomysł jest, wykonanie jest, smak jest) to jednak dopada mnie lekkie zdziwienie.. konsternacja? W którym momencie Polskę ogarnęła roślinna rewolucja? Weganizm rozprzestrzenił się z małych knajpek, zamieszkał w programach kulinarnych, telewizji śniadaniowej, w pismach kobiecych (i męskich?), atakuje z internetu, miesza na fejsbukowej tablicy. Wszyscy mielą roślinne pasztety, lepią cieciorkowe burgery, kręcą wegańskie majonezy i zalewają kawę migdałowym i sojowym mlekiem. Dieta wegańska (już nawet nie wegetariańska) stała się receptą na życie w zdrowiu i wiecznej szczęśliwości. Mięso powoli odchodzi do lamusa, ma już za dużo tłuszczy nasyconych, jest wręcz toksyczne i groźne niczym wąglik, Zika i trąd w XV wieku (czy mam odwagę się z tym sprzeczać, wszak WHO umieściło je na liście produktów niemal tak niebezpiecznych dla zdrowia jak papierosy?)

 

Żeby nie było – absolutnie szanuje i podziwiam wszystkich prawdziwych wegan! Ja bym tak zupełnie roślinnie nie potrafiła, lecz wegańskie pomysły i sposoby alternatywne wersje tradycyjnych potraw są często genialne, fascynujące i inspirujące i mega często z nich korzystam. Rezygnujemy z mięsa bo taką mamy filozofie życia, troszczymy się o dobro zwierząt (z całą gamą konsekwencji jakie to ze sobą niesie) i chcemy żyć ‚bliżej natury’ – jak najbardziej ok!

 

To, co przeraża i coraz bardziej irytuje, to niepojęty, atakujący zewsząd ‚nowoczesny’ weganizm. Modny i prozdrowotny. Wszechobecne wmawianie mi i innym biednym ludziom, że dłużej pożyjemy bez mięsa. ‚zdrowy wegański chleb!’ , ekologiczna wegańska kiełbasa’ , damn it, 3 razy droższe, wegańskie WINO! Gubię się. Gubię się, tak jak i gubi się w tym wszystkim cała piękna idea, szczęśliwa kura, żywa krowa i moje zdrowe komórki.

 

Weganizm łatwo sprzedać trzy i pięć razy drożej. Bo to, co ‚wegańskie’, czym by nie było, automatycznie koduje się przez nasz mozg jako ‚zdrowe’. A zdrowie zawsze jest na topie!

 

No i fajnie. I wegańskie czipsy z buraka brzmią lekko i fit, więc zajadamy z uśmiechem i popijamy buteleczką wegańskiego trunku.

Czy weganie rzeczywiście są zdrowsi? Cóż, w ogólnym rozrachunku, (..do etapu wprowadzenia weganizmu ‚hipsterskiego’) raczej tak było! Z jednej prostej przyczyny – oni DBAJĄ O TO CO JEDZĄ. Prawdą jest, że prawdziwy maniak panierowanego schabowego generalnie rzadko kiedy liczy kalorie i nie zastanawia się, czy może kasza czy frytki do tego. Weganie diety i jej bilansowania tak naprawdę muszą uczyć się na nowo. A jako, że są to osoby zazwyczaj dorosłe, bardziej świadomie podchodzą do całej imprezy. Wiedzą, że białko trzeba sensownie zastąpić, więcej gotują sami, czytają etykiety (bo przecież w składach wielu niepozornych produktów widnieje informacja np o obecności żelatyny i mleka w proszku). Zamiast pytać się więc o zdrowie samych wegan, zastanowiłabym się, czy dieta wegańska rzeczywiście jest zdrowsza od racjonalnej, dobrze zbilansowanej, diety mięsnej? Czy bardziej szkodzi nam kawalek dobrej jakości wołowiny, czy niewiele majacy wspolnego z miesem gotowy, zmielony i chemicznie doprawiony glutaminianem mięsopodobny syf? Czy aby nie bez sensu za hipercholesterolemię obwiniamy kilka jajek w tygodniu? Możecie mnie pobić, ale uważam, że głupotą jest wmawianie, że utwardzane masła roslinne są lepsze niż normalne, a codzienne jedzenie kilograma pryskanych chemią warzyw z supermarketu nas uzdrowi.

 

Teoretycznie, jeśli jadłabym same frytki, chrupki i czipsy też byłabym weganką… otyłą i niezbyt szczęśliwą.

 

Jeśli miałabym wybierać między ociekającym tłuszczem kotletem a superfajnym faszerowanym baklazanem wybiorę to drugie. Nie trzeba kończyć dietetyki by dojść do tego, że w jedzeniu liczy się umiar i rozsądek. Gastronomiczni konserwatyści, fani golonki, zupy zabielanej kubkiem śmietany i maślanych rogali zdecydowanie powinni zmienić dietę. Wsadzenie jednak do paniery boczniaka, i pozostawienie reszty bez zmian nic nie da. Weganski ‚majonez’ to nadal bomba kaloryczna, weganski smażony na tłuszczu kotlet to nadal smazony na tłuszczu kotlet… tyle że bez zwierzęcych mięśni.

 

Naprawdę, chciałabym uniknąć tu wchodzenia w kwestie etyczno-moralne, czy pakować nos w czyjś talerz, lodówkę czy przekonania. W tym szybkim świecie łatwo zgubić zdrowy rozsądek i dążyć za trendem i modą, a przez to nabawić się niedoborów i sobie zaszkodzić. Kończę więc wywód skromnym: jedzmy świadomie i wracam do myślenia o jutrzejszym obiedzie ;)

Podziel się:Share on FacebookEmail this to someonePin on PinterestShare on YummlyShare on Google+Tweet about this on Twitter
  • Tomasz

    Fajny tekst ???? chciałbym dodać, ze wydaje mi się, ze przesadzanie w każda stronę jest niewskazane. Kubek śmietany do zupy nie jest zapewne zbyt dobry dla zdrowia ale z 2 łyżkami juz organizm sobie spokojnie poradzi ????